Odkąd pamiętam, książki były obecne w moim życiu. Początkowo jako niestabilna drabina umożliwiająca dosięgnięcie do wyższych półek, lecz z roku na rok, gdy wraz z kolejnymi centymetrami dzielącymi mnie od ziemi ubywało papierowych szczebli, odkrywałem nowe ich zastosowanie. Nie mam pojęcia, jak wyglądałoby moje życie, gdybym do budowania użył Prusa, Goethego czy Dostojewskiego, być może szczyciłbym się tytułem profesora, a spod mojego pióra wychodziłyby kolejne artykuły.

Do moich dłoni wpadły jednak zupełnie inne dzieła. Górne stopnie, zbudowane przez trzytomową historię Siergieja Sniegowa, były początkiem przygody pełnej kosmicznych światów, nowych ras i niesamowitej technologii. Nie zdążyłem przesiąknąć nimi do reszty, gdy Stefan Grabiński zahipnotyzował mnie niesamowitymi historiami, po których niejedną noc spędziłem nasłuchując przerażających odgłosów z zewnątrz. Ostatnie szczeble zbudowałem z najgrubszych pozycji, gdzie prócz Tolkiena i opowieści z Narnii, swoją drogą jako jedynych dopasowanych do mojego wieku, znajdowały się dwa tomy encyklopedii. Całe szczęście mój umysł zdążył już przepaść w krainie ogólnie pojętej fantastyki, w przeciwnym razie… strach nawet pomyśleć.

Test 
 

Facebook